Szło opornie, ale PZPN przeforsował rewolucję w Ekstraklasie i od przyszłego sezonu każda drużyna będzie musiała wystawić do gry młodzieżowca. Większość prezesów klubów Ekstraklasy jest temu przeciwna, a co o tym sądzą ci, którzy szkolą piłkarski narybek? - Stawianie na młodych chłopaków z Polski i sprzedawanie do lepszych lig powinno być modelem biznesowym naszych klubów - przekonuje Marek Konieczny, prezes Akademii Piłkarskiej 21, jednej z najlepszych w Krakowie.

Mirosław Ząbkiewicz, Interia: Uchwała PZPN o obowiązku gry młodzieżowca w klubach Ekstraklasy jest krokiem w dobrą stronę?

Marek Konieczny, były kierownik Wisły Kraków i współzałożyciel (razem z Tomaszem Frankowskim i Mirosławem Szymkowiakiem) Akademii Piłkarskiej 21: – Wydaje mi się, że tak. Młodzi chłopcy dostaną więcej szans, bo teraz kluby boją się ich wpuszczać do gry. Niedawno spędziłem trzy dni w Manchesterze. Miałem okazję oglądać mecz młodzieżowej Ligi Mistrzów i w Manchesterze City grało dwóch 16-latków, a w prasie przeczytałem, że Manchester United wpuścił na murawę 15-latka. Tam jakoś nie boją się stawiać na młodych. Oczywiście, na Zachodzie młodzieżowcy są lepiej przygotowani fizycznie, ale to kolejny problem – jakość treningu w Polsce. Bez względu na to, najzdolniejsi nasi młodzi piłkarze muszą grać. Jak będzie przymus, to kluby nie będą mogły się wymigać.

Głównym argumentem krytyków reformy jest to, że nie mamy dobrych młodzieżowców, ale zachowajmy proporcje – w naszej lidze nie grają przecież europejskie gwiazdy.

– Jeszcze gdy pracowałem w Wiśle Kraków, patrząc na wyniki naszych klubów w europejskich pucharach, mówiłem że nie jesteśmy piłkarskim mocarstwem. Z całym szacunkiem dla naszych reprezentantów, to że byliśmy kiedyś na piątym miejscu w rankingu FIFA, nie oddaje naszego potencjału tylko było efektem dziwnego systemu liczenia punktów. Dlatego powinniśmy dążyć do tego, żeby – mówiąc brzydko – produkować piłkarzy, a potem zarabiać na ich transferach.

Ekstraklasa nie ma wyjścia – musi być ligą młodych piłkarzy i to nie tylko dlatego, że kluby muszą na nich zarabiać. Przecież żadna europejska gwiazda nie przyjedzie tutaj grać.

– Niech przykładem będzie moja ukochana Wisła Kraków – oparła się na zawodnikach nie wiadomo skąd, nie wiadomo po co i jeszcze płaciła im nie wiadomo ile, a dziś to się odbija wielką czkawką. A przecież mówimy o klubie, który zawsze słynął z tego, że gra swoimi wychowankami. Kiedyś przecież nie było z tym problemu. Uważam, że stawianie na młodych chłopaków z Polski, dawanie im szansy i sprzedawanie do lepszych lig, powinno być modelem biznesowym naszych klubów. Nie łudźmy się – nie doczekamy, że jakikolwiek polski klub będzie stać na najlepszych piłkarzy. Wyjście jest jedyne: musimy produkować swoich.

Prezesi klubów Ekstraklasy mają jednak inne zdanie. Wolą sprowadzać graczy z zagranicy, a kolejny ich argument przeciwko reformie opiera się na założeniu, że menedżerowie będą podbijać ceny, młodzieżowcy żądać „kokosów”, a pewne miejsce w składzie całkiem ich rozleniwi.

– Może to kontrowersyjne, ale dalej będę to mówił: piłkarze w Polsce zarabiają zdecydowanie za dużo! Piłkarz ma fajne życie – przyjdzie na trening na dwie godziny dziennie, ubiorą go, nakarmią, zawiozą do dobrego hotelu wygodnym autokarem. Wiem co mówię, bo pracowałem w Wiśle wiele lat i wiem, jak wygląda życie piłkarza. Oczywiście, to nie wina piłkarzy, że ktoś daje im duże pieniądze. Ale jeśli w Polsce piłkarz zarabiałby 15-20 tys. złotych, to naprawdę nie miałby prawa narzekać. Chciałby zarabiać więcej? OK, niech się pokaże, zapracuje na transfer do bogatszej ligi i niech idzie, a jego klub niech na tym zarobi.

– Nie mam nic przeciwko nagradzaniu piłkarzy premiami na zasadzie: awansujesz do Ligi Mistrzów, to dostaniesz nawet milion złotych. Nie ma problemu, ale najpierw coś osiągnij. Tymczasem jak słyszę, że Legia sprowadza trzydziestokilkuletniego zawodnika i płaci mu ponad 200 tys. złotych miesięcznie, to zastanawiam się, czy ktoś tam na głowę nie upadł. Czy to dziwne, że widząc zarobki starszych kolegów, młodzi też chcą zarabiać krocie? Dlatego wprowadziłbym górny limit zarobków dla młodzieżowców. Przecież jak chłopak ma 18-19 lat i zarabia 10 czy 15 tys. złotych miesięcznie, to powinien być szczęśliwy. Byłem w Holandii, Anglii, Francji i tam młodzi chłopcy zarabiają po kilka tysięcy euro, choć są w pierwszym zespole i proporcjonalnie jest to znacznie mniej niż u nas. Ale jak jesteś gwiazdą i chcą cię w wielkich klubach, to zarabiaj miliony.

Mamy sześć tysięcy klubów, a jeśli dodamy do tego akademie, to widać, że potencjał ilościowy jest ogromny.

– Ilościowy tak, ale jakościowy już nie. Do gry w piłkę przychodzą coraz słabsi chłopcy. Widzimy to od paru lat. Kiedyś chłopcy przychodzący na nabór już mieli jakieś umiejętności piłkarskie, a już na pewno byli sprawni. Dzisiaj rodzice przywożą do klubów dzieci, które mają problem z chodzeniem. Mija rok, dwa zanim się ich nauczy biegać. Tu jest problem! Chodzi też o to, żeby ci zdolni trenowali razem. Tymczasem często jest tak, że w grupie jest jeden zdolny i dziesięciu słabych. Takie problemy nadal będą, jeśli w polskiej piłce nie będzie pieniędzy, no bo z czego młodzieżowe kluby mają pokrywać koszty? Pokazuje się nam za wzór akademie zachodnie. Ich przedstawiciele przyjeżdżają, opowiadają jak to profesjonalnie są poukładane, ile mają boisk, trenerów, jakie stosują odżywki, ale każdy klub w Polsce może to robić tylko potrzebuje na to pieniądze.

Zawsze można ponarzekać, że pieniędzy jest za mało, ale nie sądzi pan, że dzisiaj prawdziwym problemem naszej piłki jest to, jak są wydawane?

– Pewnie! Gdyby poobcinać te wysokie pensje piłkarzy i w klubie zostałoby po półtora miliona na młodzież, to trener młodzieży nie zarabiałby półtora tysiąca, byłyby pieniądze na obozy, odżywki czy zatrudnienie drugiego szkoleniowca. Przecież trenerzy drużyn młodzieżowych pracują dla zespołów seniorskich, bo jeśli nie nauczą dzieci kopać piłkę, to trener pierwszego zespołu nie będzie miał z kim pracować. Prosty mechanizm. Ale u nas nie, u nas się woli zapłacić piłkarzom nie wiadomo skąd, a po sto tysięcy złotych daje się trenerom, którzy nie są w stanie z nikim wygrać.

Czytałem wypowiedź prezesa jednego z klubów Ekstraklasy. Powiedział, że wprowadzenie obowiązku gry młodzieżowca obniży poziom ligi. Martwi go jeden polski młodzieżowiec w składzie, a nie to, że płaci kilkunastu przeciętniakom zza granicy.

– Nie wiem, czy młodzieżowcy obniżą poziom. Może są słabsi od dziadów, którzy przychodzą zza granicy, ale kluby muszą myśleć perspektywicznie. Może chłopcy, którzy zaczną grać, nie będą wiodącymi postaciami, ale może dzięki nim za rok, dwa coś się zmieni. Trzeba próbować coś zmienić, bo przecież obecni zagraniczni piłkarze w naszych klubach nie gwarantują sukcesów.

– Za czasów trenera Maskanta w Wiśle Kraków (lata 2010-2011 – red.) rozmawiałem z jednym z ówczesnych włodarzy klubu i rozpisałem na kartce drużynę złożoną z byłych zawodników Wisły, których nie chciała, a którzy grali wtedy w Ekstraklasie. Nie chcę mówić nazwiska, ale zapytałem go, co mu ta drużyna mówi. Odparł: „Byli u nas, ale to drużyna na ósme-dziewiąte miejsce w tabeli”. A Wisła była wtedy siódma, więc mówię mu: Po pierwsze, ta drużyna jest dziesięć razy tańsza od tej, którą macie. Po drugie, dołóżcie do niej jeszcze dwóch-trzech, ale dobrych, a ci pozostali będą zasuwać od 1. do 90. minuty, bo są stąd, bo tu się wychowali.

– Powtórzę, że dla mnie młodzieżowcy mają grać w Ekstraklasie, rozwijać się i uczyć, a kluby mają zarabiać na ich transferach.

Ale żeby zarobić na młodzieżowcu, najpierw trzeba go nauczyć grać w piłkę, a potem wprowadzić do zespołu i stawiać na niego, choć na początku będzie popełniał błędy.

– Jasne, ale tak jest ze wszystkim – jak chcesz zarobić, to najpierw musisz zainwestować.

Rozmawiał Mirosław Ząbkiewicz

 

 

Akademia Piłkarska 21